KOMENTARZ JAROSŁAWA ZYCHA DO ARTYKUŁU W MEDIACH

Wystrzegajmy się absurdalnych artykułów nt. witaminy C

Drodzy Czytelnicy,

Internet jest otwartą przestrzenią, w której panuje całkowita dowolność publikowanych treści.  Chwalmy tę wolność, lecz z rozsądkiem podchodźmy do materiałów, z których zamierzamy czerpać wiedzę.

 

Artykuł z 9.08.2016 r. na stronie: www.humel.pl  

Czym grozi pakowanie w siebie dużych ilości witaminy C?
 
Panuje ogólne przekonanie, że człowiek potrzebuje przyjąć dziennie 1000 mg witaminy C. Nie wiem kto to wymyślił i jakie jedzenie tyle zawiera, a jak zawiera, to czy normalny człowiek potrafi je zjeść jednego dnia. Czytam komentarze w stylu: „Ja to biorę od kilku lat po 1000 mg każdego dnia, a jak coś mnie bierze to ładuję nawet po 5000 mg. w sumie jeśli bierzesz po 1 g dziennie od kilku lat, to dlaczego czasem coś cię bierze…? Mniejsza o to. Poniżej kilka ciekawych danych i wyników badań. Badań mało popularnych, bo psujących rynek kwaśnego proszku.

Wejście na rynek supli, a dziecięcy szkorbut w USA

Dziwnym trafem, tym samym czasie kiedy na rynek amerykański weszły suple, nagle pojawił się problem noworodków ze szkorbutem dziecięcym. Jak to? Stary marynarz w czasach Kolumba może tak, ale XX wieku i dzieci ze szkorbutem? Zdawało się, że ten problem już za nami. Zaczęto badać sprawę.
Okazało się, że mamuśki (w ciąży) przyjmowały suple z witaminą C, ale bez C2. Jak wiadomo, ciało dąży do szybkiego wydalenia nadmiaru wit. C. Ciała matek usuwały więcej wit. C niż przyswajały. Organizmy noworodków również nauczyły się w łonie pozbywać wit. C. Ponieważ pokarm tych matek nie zawierał już tak znacznych ilości kwasu askorbinowego, noworodki popadły w tak duży deficyt, że zapadały na groźny szkorbut dziecięcy.

Jak jest u dorosłych?
U dorosłych może się wytworzyć podobny mechanizm. Ludzie przyjmujący regularnie wit. C mogą się jej pozbywać szybciej niż jest przyswajana. To, że organizm drastycznie zmniejsza ilość wit. C już po godzinie, obrazuje usilne dążenie do homeostazy i równowagi kwasowo-zasadowej. Zaprzestanie suplementacji jest kolejnym szokiem dla organizmu, na który reaguje wieloma powikłaniami.
W środowisku medycznym nie jest tajemnicą, że ciągłe przyjmowanie dawek wit. C powyżej 1000 mg dziennie, wiąże się niejednokrotnie z przeciążeniem nerek i prowadzi do kamicy, może powodować obrzęk nerek.
W 2004 r. American Journal of Clinical Nutrition opublikowało w swoim listopadowym wydaniu, badanie prowadzone na przestrzeni 15 lat nad 2000 kobiet po menopauzie wskazuje pewną zależność. Otóż starsze kobiety z cukrzycą, przyjmujące większe dawki wit. C, nie miały lepszych wyników. Te, które przyjmują więcej niż 300 mg wit. C dziennie, były dwukrotnie narażone na śmierć z powodu chorób serca, niż te które tego nie robiły. Kobiety przyjmujące większe dawki wit. C w naturalnych pokarmach nie były zagrożone.

Wolne rodniki są nam bardzo potrzebne
Nie jesteśmy w stanie żyć bez wolnych rodników. Reakcja przetwarzania pożywienia i powietrza w energię chemiczną wykorzystuje reakcję łańcuchową wolnych rodników. Wolne rodniki są potrzebne w każdej odpowiedzi immunologicznej przeciw niechcianym intruzom i substancjom.
 Zmniejszanie ilości wolnych rodników przez stosowanie wyższych dawek wit. C może być bardziej szkodliwe niż ich duża ilość. 10 listopada 2007 roku czasopismo Cell opublikowało wyniki badania, które wiążą przeciążenie organizmu przeciwutleniaczami z niewydolnością serca.

Wnioski
Zawsze obserwuj naturę i wyciągaj z niej wnioski. Żaden owoc, warzywo nie zawierają tylko jednego składnika odżywczego. Przyjmując spore dawki kwasu askorbinowego możesz uzyskać efekt odwrotny do zamierzonego.



Komentarz Jarosława Zycha – autora książki „Witamina C-olway”  


“Mimo, iż materiał ten silnie pachnie lobby koncernów farmaceutycznych, które od zawsze dezawuowały witaminę C, jako substancję odbierającą im część klienteli na opatentowane leki na receptę, to można ostrożnie zgodzić się z niektórymi jego tezami, z tym że zaznaczając wyraźnie, iż mowa jest nie o witaminie C, a o kwasie askorbinowym, czy jak kto woli – E300, o syntezowanej witaminie C, która stanowi ok. 96% tego, co pałaszują ludziska na całym świecie. C6H8O6, czyli krystaliczna forma „witaminy C”, z którą w przebiegu ewolucji Homo sapiens nigdy się nie spotkał, gdyż w przyrodzie witamina C nie występuje w czystej formie kwasu askorbinowego – zaiste może przeciążać nerki, czy „odzwyczajać” organizm od metabolizowania witaminy C z warzyw, owoców, czy podrobów mięsnych.
    Kwas askorbinowy w tabletkach z polewą lub bez to nic innego, niż E300, którego mamy pełno w każdej żywności przetworzonej, bez którego już nawet mąki na chleb się nie przerabia. Kwas askorbinowy powstaje metodą syntezy, w procesach katalitycznych w chińskich (już przeważnie) fabrykach z glukozy kukurydzianej (dekstrozy). Natomiast witamina C powstaje w procesach wzrostu organizmów żywych z udziałem enzymów. Zawsze występuje w towarzystwie fitonutrientów, zawsze powiązana jest bioflawonoidowo.
    
   Naturalna witamina C to nie jest kwas askorbinowy, czy l-askorbinowy, czy askorbinian sodu, potasu etc. To jest witamina C z cytrusów, pietruchy, papryki, chrzanu, ziemniaków, wątroby itd. Jeżeli zaś ktoś mówi, że w naturze wykrywa się ją też w postaci C6H8O6 i wyciąga z tego wniosek, idąc śladem niektórych publicystów medycznych, że „to co ma ten sam wzór chemiczny jest tym samym” – to niech od jutra spożywa papier toaletowy zamiast mąki ziemniaczanej, gdyż celuloza i skrobia tez mają taki sam wzór chemiczny.
 Przyszły takie czasy, że w napojach pomarańczowych „witaminizowanych” kwasem askorbinowym jest go więcej, niż w soku pomarańczowym, w którym naturalną witaminę C zabito w procesach zagęszczania go. Niestety.
    Czy autorzy takich artykułów dają swoim dzieciom chętniej do picia napoje witaminizowane, czy soki wyciskane i przeciery? Jeżeli te drugie, to niech pisząc podobne filipiki zaczną używać zamiast określenia „witamina C” – dokładnej nazwy tego, co atakują – czyli „syntezowana witamina C”, „kwas askorbinowy” lub „E300”. Do wyboru.
   Inaczej bowiem popełniają czyn bardzo społecznie szkodliwy. Na świecie rośnie kilkanaście jadalnych roślin, które zawierają ponad 1 gram witaminy C w 100 gramach swojej masy. Takich, które zawierają 1 gram naturalnej witaminy C w kilogramie swojego miąższu jest sto kilkadziesiąt. Czy autorzy takich felietonów sugerują zatem, iż można „przedawkować” owoce, jarzyny, podroby? Jeśli tak, to wypisują brednie. Nie znany jest taki przypadek medycynie. W diecie jednego z plemion aborygeńskich istotnym pokarmem są australijskie śliwki kakadu, których kilogram zawiera ok. 30 gramów naturalnej witaminy C. Badano to plemię bardzo dokładnie. Nie ma problemów z nerkami, ani szczawianów, ani szkorbutu niemowlęcego. Szkorbut dziecięcy to fundują swojemu potomstwu matki karmiące je rano, wieczór i w południe płatkami na mleku, kaszkami itp. („bo ono tylko to lubi!”).
    
    Artykuł ten atakuje suplementowanie się witaminą C. W istocie jest to jak sikanie pod wiatr. Ludzkość będzie „suplementować” się E300 (czyli C6H8O6, czyli kwasem askorbinowym), czyli w obowiązującej doktrynie unijnej – witaminą C, coraz więcej, czy tego chcemy, czy nie. Odchodzimy bowiem w rozwoju cywilizacyjnym i społecznym nieuchronnie od przyrządzania sobie potraw od podstaw, ku półproduktom i żywności przetworzonej. Zaś E300, czyli dokładnie ta sama substancja, co w większości tabletek o nazwie „witamina C” – jest najbezpieczniejszym w sumie konserwantem naszego jedzenia. Do koryt hodowanych na ubój zwierząt też sypać się będzie coraz więcej kwasu askorbinowego, bo to tani i uznany (ciekawe dlaczego nie w przypadku ludzi?), super skuteczny sposób na utrzymanie ich w zdrowiu, a my będziemy jeść z ich wątrób pasztetową, w której jest dziś więcej C6H8O6, niż w gruszkach, czy wiśniach. „Suplementacji” taką „witaminą C” nie unikniemy zatem w żaden sposób.
    Szkodliwość tego rodzaju artykułów polega zaś na tym, że ich autorzy nie odróżniając naturalnej witaminy C od syntezowanej, mieszają przy okazji w głowach ludziom, którzy nabywają witaminę C wytwarzaną w 100% z biomasy roślinnej, czyli inaczej mówiąc; ekstrakty z roślin zawierających naturalną witaminę C o największej energii biologicznej. Np. pozyskiwaną z pędów wzrostu roślin takich, jak kiełki, korzonki, czy młode liście. Również z elementów roślinnych, jakich nie sposób jeść, np. z pomarańczy gorzkiej (Citrus aurantium), czy igieł sosnowych. Taka witamina C jest w odróżnieniu od kryształków C6H8O6 świetnie przyswajalna, a efekty jej spożywania są spektakularne.
    Autorzy takich felietonów nie wiedzą, że oprócz urzędników unijnych, którzy wyznaczyli „zalecane dawki spożycia” dla dwóch rodzajów kwasu askorbinowego i sześciu jego soli lub estrów, ale „zapomnieli” ich wyznaczyć dla witaminy C pozyskiwanej bez udziału procesów chemicznych, np. z polskiej dzikiej róży – są jeszcze pasjonaci, którzy tworzą suplementy diety, w tym witaminy C – w 100% z natury. Po prostu liofilizując, mikronizując, ekstrahując najbogatszą w naturalną witaminę C florę tej planety. Wyszukując jej naturalnych, roślinnych źródeł i udostępniając je bliźnim. Owszem robią na tym też biznes, lecz bardzo mizerny w porównaniu z marżami, jakie powstają pomiędzy dekstrozą z kukurydzy (która witaminy C nie zawiera!), a tabletką w żółtej polewie o nazwie; „witamina C” (czy tam Rutinoscorbin).
    Lepiej więc by takie artykuły nie powstawały w ogóle, gdyż odciągają zawsze jakiś promil ich czytelników od suplementowania się naturalnymi witaminami C, zaś przymusowej „suplementacji” narodu witaminami syntezowanymi , czyli E300 - nie zatrzymają i tak… Jeżeli zaś ktoś podnosi kwestię „drogich” (czytaj: przepłaconych) witamin C pozyskiwanych w nienaruszonej, naturalnej formie z: aceroli, amli, pigwy, dzikiej róży, pomarańczy gorzkiej, goji, camu-camu, rokitnika, czy z hydroponicznych upraw kiełków gryki – to niech zrozumie, że w składzie tych suplementów znajdzie wyłącznie nazwy w/w roślin, ewentualnie żelatynę, z jakiej robi się kapsułki oraz śladową ilość niezbędnego przy kapsułkowaniu proszku 100% roślinnego - przeciwzbrylacza. Nic więcej.
    
    W witaminach C, których wytwórca-pasjonat zadał sobie trud zrobienia ich w 100% z natury – nabywca-konsument nie znajdzie raczej mnóstwa rozmaitego „dobra” jakie występuje obficie w składzie „witamin C” za kilkanaście złotych, najczęściej tabletkowanych pod prasą. Nie znajdzie raczej: kwasu askorbinowego, askorbinianów mineralnych, cytrynianów, konserwantów spożywczych, barwników, substancji aromatyzujących, cukrów, soli, skrobi, drożdży, pszenicy, glutenu, soi, kompleksów izolowanych bioflawonoidów, gliceryny, karmelu, celulozy, lepiszcza, sorbitolu, dodatku proszku z zagęszczonego soku pomarańczowego, sacharyny, sukralozy, fruktozy, gumy guar lub celulozowej, dwutlenku krzemu, związków karboksymetylowych, dekstrozy, ani żadnych innych pochodnych kukurydzy, krzemionki, glikolu, wosków, tapioki, wapnia, mannitolu, aspartamu, maltodekstryny, ani żadnych surowców z roślin modyfikowanych genetycznie i jeszcze wielu innych przedziwnych substancji.
   Ta wyliczanka nie jest żartem, ani złośliwością. Wszystko zostało pieczołowicie spisane (a ile przeoczone!) z opakowań znajdujących się w polskich aptekach „witamin C”.
    To jest dobry temat dla autorów napadających na suplementowanie się witaminą C! Tym się lepiej zajmijcie. Otworzycie puszkę Pandory. Przerazi się bowiem ten, kto pozna sekrety rządu, sądu i kuchni (i wytwórni syntezowanej witaminy C).”

Jarosław Zych – autor książki „Witamina C-olway”
 
 
 

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl